Strona startowa arrow Bloog

 








 












Logowanie






Nie pamiętam hasła
Nie masz konta? Załóż sobie





Google



Zobacz ostatnie blogi
POPRZYJCIE MÓJ PROJEKT USTAWY O FINANSOWANIU IN VITRO
(09.01.2009.) Wpisał: Jerzy Grunwald
WPolsce stosowanie pozaustrojowego zapłodnienia jest prawniedopuszczalne. Bez ograniczeń. I tak powinno zostać. Trzeba jedynieznieść barierę kosztową, która uniemożliwia skorzystanie z metody in vitro mniej zamożnym chorym na niepłodność. W tym celu nie trzeba pisać nowejustawy. Wystarczy znowelizować obecnie obowiązujące przepisy oświadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych. Projekt takiej zmiany złożyłam 5 września 2008 r. Można go było dawno uchwalić i na nowy rok podpisać kontrakty z placówkami świadczącymi usługi medyczne w zakresie zapłodnienia in vitro .   Niestety, Platforma Obywatelska zdecydowała inaczej. Marszałek Komorowski trzyma mój projekt w zamrażarce, a poseł Gowin, którego ma już dość nawet własny Klub, szaleje. Ściga się sam z sobą w proponowaniu coraz większych głupot. Tylko o krok wyprzedzają go biskupi.   Apeluję do wszystkich ludzi dobrej woli, którym bliskie są rozwiązania przyjazne obywatelom, a przy tym szybkie i zgodne z Konstytucją, aby pisali do Marszałka Sejmu (ul. Wiejska 4/6/8, 00-902 Warszawa) z żądaniem natychmiastowego skierowania mojego projektu do pierwszego czytania.   Poniżej tekst projektu wraz z uzasadnieniem.       Ustawa o zmianie ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych Art. 1 W ustawie z dnia 27 sierpnia 2004 r. o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych (Dz. U. Nr 210, poz. 2135) wprowadza się następujące zmiany: 1)     w art. 15 dodaje się ust. 1a brzmieniu:    „1a. Świadczeniobiorcy mają również, na zasadach określonych w ustawie, prawo do świadczeń opieki zdrowotnej, których celem jest wydanie zdrowego potomstwa, w tym do stosowania zapłodnienia pozaustrojowego w ramach trzech cykli.”, 2)     w art. 27 w ust. 1 pkt 5 otrzymuje brzmienie:    „5) prowadzenie badań profilaktycznych obejmujących kobiety w ciąży, w tym badań prenatalnych zalecanych w grupach ryzyka i u kobiet powyżej 35 roku życia oraz profilaktyki stomatologicznej,”. Art. 2 1.     Ustawa wchodzi w życie po upływie 14 dni od dnia ogłoszenia, z zastrzeżeniem ust. 2. 2.     Przepisy ustawy zostaną po raz pierwszy zastosowane w postępowaniu w sprawie zawarcia umów ze świadczeniodawcami na 2009 r.   Uzasadnienie   Celem projektowanej ustawy o zmianie ustawy o świadczeniach zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych (Dz. U. z 2004 r. Nr 210, 2135) jest ustanowienie nowego porządku prawnego w bardzo ważnej kwestii społecznej, która dotyczy w Polsce ponad miliona par dotkniętych niepłodnością.   Definicja zdrowia reprodukcyjnego zakłada, że jest to dobrostan fizyczny, psychiczny i społeczny związany ze spełnieniem oczekiwań rozrodczych. Niepłodność jest zatem bez wątpienia chorobą. WHO uznaje ją   za chorobę społeczną ze względu na zasięg (dotyczy 10-15% populacji, czyli 60-80 min par) i skutki. Należą do nich : utrata zainteresowania codziennymi zajęciami, nie opuszczająca depresja, napięte kontakty z rodziną, partnerem, kolegami. Pojawiają się trudności w myśleniu o czymś innym niż niepłodność, wysoki poziom niepokoju, zmniejszona wydolność do wykonywania zadań, trudności z koncentracją. Wśród objawów psychologicznych wymienia się również zaburzenia snu, zmiany apetytu (wzrost lub obniżenie), nadużywanie leków i alkoholu. Pojawiają się myśli o śmierci lub samobójstwie, dochodzi do społecznej izolacji. Jak pisze prof. Szamatowicz, "stres niepłodności" porównywalny jest ze stresem po rozpoznaniu chorób nowotworowych oraz zawału mięśnia sercowego i tylko AIDS jest postrzegany jako choroba o negatywnym większym wpływie na życie. Niepłodność jest w Polsce niedowartościowana. Prowadzi ona do głębokich zmian w układzie partnerskim, w tym do rozwodów.   Powszechnie stosowana definicja niepłodności przyjmuje, że o tej chorobie można mówić, jeśli do ciąży nie dochodzi po roku współżycia płciowego bez stosowania środków antykoncepcyjnych. Współcześnie niepłodność dotyczy w nieco większym stopniu   mężczyzn niż kobiet. Szeroki jest zakres metod leczniczych stosowanych w niepłodności. Obejmują trzy grupy. Pierwsza to postępowanie farmakologiczne, Druga - leczenie zabiegowe w tym chirurgia, mikrochirurgia, endoskopia zabiegowa. Trzecia grupa obejmuje techniki rozrodu wspomaganego medycznie (ART), w tym pozaustrojowe zapłodnienie i przeniesienie embrionu, czyli metoda in vitro . W wielu przypadkach metoda in vitro stanowi jedyną szansę na ciążę. Jest metodą ostatniej szansy, gdy wcześniejsze leczenie było nieskuteczne. Skuteczność leczenia tą metodą waha się w przedziale 15-40%. Przeciwnicy leczenia niepłodności za pomocą ART podkreślają niskie procenty ciąż i porodów po ART zapominając, że przewyższają one to, co dzieje się w sposób naturalny (w rozrodzie naturalnym obumiera do 70% embrionów). Powtarzanie cykli terapeutycznych prowadzi do powodzenia nawet w 70% przypadków.   Artykuł 16 uniwersalnej deklaracji praw człowieka stanowi, że „prawo do posiadania potomstwa jest podstawowym prawem człowieka". Stosowanie metody in vitro umożliwia realizację tego prawa. W Polsce dostęp do tego prawa jest ograniczony ze względu na wysokie koszty metody in vitro ( koszt jednej procedury zapłodnienia pozaustrojowego wynosi średnio 5 000 zł, a z uwzględnieniem kosztów poprzedzającego leczenia farmakologicznego 9 000 zł). Stanowi to swoistą dyskryminację ze względu na stan zamożności. Dlatego finansowanie zabiegów in vitro ze środków publicznych jest w pełni uzasadnione, jako zapewniające równy dostęp wszystkim ubezpieczonym.   Przedłożony projekt zmierza do ustanowienia czytelnego porządku prawnego dla medycznych procedur wspomagania rodzicielstwa. Zmiany ustawy z dnia 27 sierpnia 2004 r. o świadczeniach zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych (Dz. U. Nr 210, poz. 2135), ograniczają się do dodania w art. 15 ust 1a i zmiany brzmienia art. 27 ust. 1 pkt 5. W dodawanym przepisie chodzi o wyrażenie woli ustawodawcy, aby procedury medyczne wspomagania rozrodu były dostępne i finansowane ze środków publicznych. Propozycja zmierza jednak do ograniczenia dostępnych procedur do trzech cykli terapeutycznych. W obecnym stanie finansów publicznych przeznaczonych na służbę zdrowia państwa nie stać na prowadzenie terapii w nieograniczonym zakresie.   Zmiana w art. 27 ust. 1 pkt. 5 zmierza do usunięcia oczywistego absurdu, jakim jest dopuszczenie badań prenatalnych u przyszłych matek, które przekroczyły 40. rok życia. Po pierwsze dlatego, że zagrożenie chorobami okresu płodowego gwałtownie rośnie u kobiet, które przekroczyły 35. rok życia. Po drugie, że kobiety, które przekroczyły 40. rok życia wyjątkowo rzadko decydują się na macierzyństwo. Dlatego też obecne brzmienie art. 27 ust. 1 pkt 5 ustawy jest tylko pozornym załatwieniem problemu. Daje uprawnienie osobom, które raczej z niego nie skorzystają, a odmawia go licznej grupie zainteresowanych kobiet, zagrożonych ciążą wysokiego ryzyka.   Wielkość populacji polskiej, wymagającej leczenia metodami in vitro wynosi około 25 000 par rocznie, z czego nie więcej niż połowa będzie zainteresowana zastosowaniem tych metod. Stąd wprowadzenie planowanej nowelizacji spowoduje konieczność wydatkowania środków publicznych w kwocie 112,5 mln zł rocznie.                 prof. Joanna Senyszyn (00:03)
Traczyk.pl - Instalacje elektryczne, pomiary, klimatyzacja, sufity podwieszane, papa termozgrzewalna
(28.12.2008.) Wpisał: Jacek Traczyk
Wykonujemy: instalacje elektryczne, teletechniczne i odgromowe, pomiary elektryczne, oswietlenia i wentylacji, klimatyzacja, wentylacja, sufity podwieszane termatex, dachy papa termozgrzewalna, kosztorysowanie, nadzory, kurtyny powietrza, wykladziny podlogowe, scianki GK i Al. wykonczenie wnetrz, uslugi inwestycyjne, remonty, konserwacja, malowanie, utrzymanie obiektow i ruchu firm, Wroclaw, http://www.traczyk.pl , rok zalozenia 1984 tel. 600 700 133 e-mail: firma@traczyk.pl http://www.traczyk.pl
Zamiast oleju napędowego...
(30.07.2008.) Wpisał: Jerzy Grunwald
Kilka minut spędzonych w googlach pozwala stwierdzić, że olej napędowy jednak da się zastąpić rzepakowym: "Wgudostępnionych danych statystycznych ilość paliwa dieslowego zużywana wkraju jest rzędu 2 430 000 ton. Możliwości zastąpienia obecnego paliwadieslowego olejem roślinnym, rzepakowym są ogromne. Przy założeniu 40%ilości oleju w ziarnach rzepaku, z jednego hektara produkcji możnauzyskać 1 000 litrów paliwa. Wypierając obecne paliwo dieslowerzepakowym, należałoby zająć około 30 000 km2 pól uprawnych włączającobecne spożywcze zapotrzebowanie. Obszar ten stanowi 10% powierzchnikraju i jest nieco mniejszy od podwojonej powierzchni uprawnejwojewództwa wielkopolskiego. Zatem istnieje potrzeba siedmiokrotnegopowiększenia uprawnej powierzchni rzepaku. Wartość rocznegozapotrzebowania na paliwo rzepakowe oscyluje wokół siedmiu miliardów (7000 000 000) złotych." za http://www.zb.eco.pl/zb/180/energia.htm coprawda w tych wyliczeniach jest błąd, bo "Przy tłoczeniu na zimno prasąślimakową z 1000 kg nasion rzepaku o zawartości 40% oleju uzyskuje się700 kg wytłoków o zawartości 12% tłuszczu i 32% białka oraz 300 kgoleju surowego. Przetwarzając olej surowy na biopaliwo, uzyskuje się250 kg biodiesla, i około 40 l gliceryny." czyli sprawność uzyskiwaniapaliwa z rzepaku wynosi 25%, a nie 40, ale nadal jest to realne. coprawda zapotrzebowanie na paliwo by wzrosło w rolnictwie, ale wgospodarce są duże możliwości oszczędzania surowców, które będąwykorzystane z powodów ekonomicznych lub na skutek wprowadzeniaregulacji prawnych. oczywiście nie da się, przy obecnymzapotrzebowaniu, wszystkich paliw kopalnych zastąpić biomasą, bo niestarczy miejsca pod uprawy, ale możliwości oszczędzania są ogromne, np.: -można wprowadzić zakaz używania pojemników jednorazowych, a zwłaszczatych najbardziej energochłonnych. w niemczech już wprowadzono zakazprodukcji piwa w puszkach (najpierw była wysoka kaucja za puszkę,porównywalna z ceną tanich piw, podobnie było z butelkami pet). zamiasttego szklane lub plastikowe butelki zwrotne. - wyższe ceny paliw,czyli transportu, wymuszą optymalizację procesów produkcji idystrybucji dóbr. być może skończy się dostępność piwa żywiec w całymkraju. - będzie trzeba optymalnie wykorzystywać energię ze wszystkich źródeł, np. ze śmieci i ścieków. - produkcja wszelkich dóbr będzie droższa, więc popyt spadnie (okres użytkowania pralki, czy telewizora się wydłuży). - ceny paliwa ograniczą użytkowanie prywatnych środków transportu. przeczytałemwszystkie informacje na tej stronie i wydaje mi się, że są onefragmentaryczne i niekoniecznie wskazują na słuszność zawartych tu tez.np. to, że produkcja ropy, czy paliw w niektórych krajach spadła nieświadczy o zmniejszeniu popytu, a nie wyczerpywaniu się zasobów (aleoczywiście go nie wyklucza). np w stanach zjednoczonych spada (o około20% w ostatnim roku)sprzedż wielkich, paliwożernych samochodów nakorzyść oszczędniejszych. fakt, że przemieszczanie się będzie tam ztego powodu tańsze nie wpłynie raczej na dalsze zwiększenie popytu napaliwo, bo już teraz jest tam więcej samochodów niż ludzi, którzywszędzie się za ich pomocą przemieszczają. Podobna sytuacja jest zezużyciem prądu (czyli węgla) w polsce. w latach 80 brakowało u nasenergii, a teraz jest jej nadmiar, część elektrowni pracuje na mniejniż pół mocy (np cały zespół elekrowni dolna odra) mimo że mocyzainstalowanej nie przybyło. podobnie jest z energetyką cieplną,zapotrzebowanie ciągle spada ze względu na docieplanie budynków iwprowadzenie opomiarowania, co zmusza ludzi do oszczędzania. jakociekawostkę mogę podać, że nawet zapotrzebowanie na zimną wodę spadło(przynajmniej w szczecinie, gdzie zużywa się obecnie 3x mniej wody niżprzewidywano, że będzie się zużywać w 2000r). te wszystkie zjawiskaspadku produkcji nie świadczą o wyczerpywaniu się zasobów. co dorosnących cen ropy i wyczerpywaniu się zasobów, to trudno coś na tentemat powiedzieć, bo trudno zdobyć wiarygodne dane. jedno jest pewne,dla krajów, które posiadają złoża oraz koncernów paliwowych jest tosuperinteres! jeśli cena ropy wzrosła 5x to ogromnie wzrosły ich zyski,zwłaszcza jeśli autor pisze, że chodzi o eskploatację istniejącychzłóż. koncerny i sprzedawcy swoją marżę naliczają od obrotu, więc i dlanich jest to złoty interes, zwłaszcza że jak twierdzi autor, popytciągle rośnie. autor wspomina też, że koncerny wyprzedają stacjebenzynowe. być może w krajach gdzie wystąpiło nasycenie, ale np wpolsce cały czas budowane są nowe. autor przytacza też przykłądwyspy wielkanocnej, gdzie populacja rosła do wyczerpania zasobów ipotem nastąpiła zapaść. zachodnia cywilizacja (która najbardziejrozwineła sięgospodarczo, jak autor twierdzi, dzięki taniej ropie) zatym modelem nie podąża. natuje przecież ujemny przyrost naturalny,który jest kompensowany przyjmowaniem imigrantów. największy przyrostnaturalny występuje w krajach słabo rozwiniętych gospodarczo. dla nichteż wysokie ceny surowców są potencjalnie największym problemem, bo ichgospodarki są zacofane i energochłonne, więc z rosnącym udziałem cenysurowców w kosztach wytwarzania oraz spadkiem udziału kosztu pracy ichkonkurencyjność będzie spadać, co się jeszcze pogłębi na skutekwzrastających kosztów transportu. oczywiście nie ulegawątpliwości, że zasoby naturalne się wyczerpują i na skutek tego światbędzie musiał się zmienić, ale nie sądzę, żeby groziła cywilizacji takazapaść jak np. na wyspie wielkanocnej. stopniowy wzrost cen izmiejszenie dostępności paliw kopalnych może wręcz pomóc odwrócićnegatywne konsekwencje w europie. konieczność przestawienia gospodarkina inne źródłą energii może przyczynić się do ożywienia gospodarczego.jednak żeby to wszystko prawidłowo ocenić potrzebne są bardzoszczegółowe analizy możliwości i kosztów korzystania z alternatywnychźródeł energii oraz ograniczenia jej zużycia.   PS. Na własne potrzeby jeździmy na oleju z frytek i rzepakowym. Filtr paliwowy zakupiony w "Agromie" za 28 zł wystarczy do przefiltrowania 500l oleju. Bez zbędnych przeróbek silnik jak na lato cłkiem nieźle chodzi. Zimą wrócimy do oleju napędowego. Jeżeli samochody ciężarowe jeżdżą na oleju opałowym to mogą z powodzeniem jeźdxić i na rzepakowym. Lobby petrochemiczne robi wszystko by ludzie kupowali ich produkty a im droższa benzyna olej napędowy tym więcej z podatku VAT ba budżet. No to opłaca się wspierać biopaliwa?
UWAGA OSZUSTKA!!!
(04.06.2008.) Wpisał: Jerzy Grunwald
Romana Celik-Hansen Henriette-Herz-Ring 13 fryzjerka po kursie księgowości w Hamburgu,fałszuje dokumenty okrada w ten sposób na duże kwoty ludzi. Kto jeszcze został oszukany przez w/w proszę o pilny kontakt przez E-Mail z haloooo.com zostanę powiadomiony automatycznie po dodaniu Twojej opinii.
Passant
(16.05.2008.) Wpisał: Jerzy Grunwald
Daniel Passent - (ur. 1938), syn agronoma i pielęgniarki. Ze względu na tradycję w rodzinie (ojciec ukończył studia w Paryżu, wuj, który Passenta wychowywał po wojnie - studiował we Wiedniu, a córka - Agata Passent - w USA i w RFN), ciągnęło go do studiów za granicą, studiował w Petersburgu, Princeton i Harvard. Ukończył ekonomię na UW. Już jako student II roku rozpoczął pracę dziennikarską, najpierw “Sztandarze Młodych” (1956-58), a następnie w “Polityce”, z którą jest związany do dziś. Autor książek: “Bywalec”, “Bitwa pod wersalikami”, “Obywatelu, nie denerwujcie się”, “Co dzień wojna” (reportaże z wojny wietnamskiej), “Pan Bóg przyjechał do Monachium” (Igrzyska Olimpijskie 1972), “Rozbieram senatora” (USA), “Dzisiaj umrą dwie osoby” (narkotyki w USA), “To jest moja gra” (tenis, Wojtek Fibak), “Choroba dyplomatyczna”(wspomnienia ambasadora RP w Chile w latach 1997-2001), “Codziennik” (osobiste notatki z 2005r.).  Tłumacz , satyryk, autor skeczy i monologów do STS, kabaretów Dudka i Pod Egidą oraz przedstawień rewiowych w Teatrze Syrena. W telewizji prowadził program “Goście Daniela Passenta”. Jeden z najpopularniejszych autorów tygodnika “Polityka”.
BISKUPÓW BITWA O POLSKĘ
(16.05.2008.) Wpisał: Jerzy Grunwald
05 maja 2008 Zaloguj się E-mail OnetHasło Niepoprawne dane Objaśnienia  Loguj się bezpiecznie    Zapomniałem hasła Trwa bitwa o Polskę – powiedział 3 maja, podczas mszy św. w intencji Ojczyzny, bp polowy WP, gen. dyw. Tadeusz Płoski. Przezornie nie dodał, że na pierwszej linii frontu walczą biskupi. Z polskim państwem o polską ziemię. Nawet się specjalnie nie wysilają. Wystarczy, że powiedzą, jaki areał i gdzie chcą dostać, a słowo staje się ciałem. Mówią i mają.   Dzięki ustawie z 17 maja 1989 r. o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej, kościelne osoby prawne nie tylko zostały bez opłat uwłaszczone na posiadanych nieruchomościach, ale – jak nikt inny - uzyskały praktycznie nieograniczone prawo do reprywatyzacji (art. 60 i następne). Tzw. postępowanie regulacyjne toczy się przed Komisją Majątkową, złożoną z przedstawicieli wyznaczonych w równej liczbie przez Urząd do Spraw Wyznań i Sekretariat Konferencji Episkopatu Polski. Choć uczestnikami postępowania powinny być wszystkie zainteresowane jednostki, samorządy zazwyczaj po fakcie dowiadują się o oddanych Kościołowi gruntach. Ponieważ od orzeczenia Komisji nie przysługuje odwołanie, bezpowrotnie tracą najatrakcyjniejsze tereny komunalne.   Kościół już jest największym posiadaczem ziemskim w Polsce, ale biskupom wciąż mało. Po 1989 r. w samym tylko Krakowie duchowni otrzymali 1000 ha (powierzchnia Watykanu to 44 ha ). Są to komercyjne działki w centrum miasta, przeznaczone pod budownictwo, handel, inwestycje komunikacyjne albo już zabudowane kamienicami, w których mieszczą się sklepy, siedziby firm, domy opieki społecznej, państwowe szkoły, przedszkola czy inne instytucje. Poniżej kilka konkretów (podane za wiadomości onet.pl-cegielkacezary@vp.pl „Oto co ci biskupi wyczyniają w Krakowie!” 20.03.2008r).   Krakowska kuria dostała w Witkowicach 51 ha nieruchomości, a 52 ha w tzw. drogowym Węźle Opatkowice - kilkanaście działek przy autostradzie. Z kamienic przy ul. Kanoniczej, gdzie mieści się Muzeum Archidiecezjalne, wyrzucono mieszkańców. O dziwo pozostawiono Uniwersytet Jagielloński i Teatr Kantora Cricot 2. Na razie trzyma się też Filharmonia Krakowska.   Parafia Mariacka ma kilka kamienic przy Rynku Głównym, gdzie mieszczą się: ekskluzywny hotel Wit Stwosz, kawiarnia, sklepy i najbogatsze firmy. Walczy o kolejne tereny ( 21 ha ) w Krakowie Bronowicach.   Jezuici wyrzucili ze swoich siedzib dwie kliniki: Toksykologii i Chirurgii Szczękowo-Twarzowej. W ogromnych budynkach zainstalowali własną Wyższą Szkołę Filozoficzno-Pedagogiczną „Ignatianum” (jako jedyna prywatna uczelnia w Polsce   finansowana z budżetu państwa) i centrum wydawnicze.   Augustianie (zakon skasowany w 1950 r. przez kard. Sapiehę), wyrzucili z odzyskanego klasztoru (ul. św. Katarzyny) Wydziału Architektury UJ oraz kilka rodzin. Przejęli też Dom Dziecka w zespole pałacowym przy ul. Górników, Klub Sportowy „Kolejarz” i część parku hrabiego Jerzmanowskiego. Sprzedali działkę pod hipermarket HIT.   Norbertanki otrzymały prawie 9 ha nieruchomości w Krakowie Zwierzyńcu, użytkowane wówczas przez Akademię Rolniczą. Teraz sądzą się o 6 ha nieruchomości w Śródmieściu. Spór dotyczy terenów Klubu Sportowego Cracovia i orbisowskiego hotelu. Urszulanki dostały 82 ha na Prądniku Czerwonym i w okolicach Krzeszowic. Większość z tych terenów mają sprzedać pod osiedla mieszkaniowe.   W odzyskanej kamienicy misjonarzy na ul. Floriańskiej mieści się McDonald's, zaś na Placu Wszystkich Świętych misjonarska restauracja. Szarytki wyrzuciły mieszkańców ul. Filipa 15. Przejęły też policyjny pensjonat w Krynicy. Bonifratrzy przejęli najstarszy w mieście szpital przy ul. Trynitarskiej i dostali ponad 30 ha w Mogilanach. Karmelici bosi stali się właścicielami części jednego z najsłynniejszych traktów handlowych przy ul. Karmelickiej.   Kolejne postępowania „regulacyjne” w toku. Niedługo wyregulują nam biskupi całą Polskę. Ziści się sen Kononowicza. Nie będzie niczego. Z wyjątkiem kościelnego.   prof. Joanna Senyszyn (16:11)
NIENAWIŚĆ BLIŹNIEGO
(16.05.2008.) Wpisał: Jerzy Grunwald
Zaloguj się E-mail OnetHasło Niepoprawne dane Objaśnienia  Loguj się bezpiecznie    Zapomniałem hasła Odżywa katoprawicowa obsesja całkowitego zakazu przerywania ciąży. Nawet zagrażającej życiu i zdrowiu kobiety czy będącej następstwem gwałtu. Ostatnio przyjęła postać walki o moratorium na wykonywanie aborcji. W pierwszej linii – jak zawsze niezawodna w tych sprawach – posłanka Sobecka.   Antyaborcyjny obłęd ma poparcie koscielnej hierarchii. Według biskupów aborcja jest groźniejsza od wojen i terroryzmu. Nie od dziś życie doczesne, a zwłaszcza seks w różnych odmianach i jego konsekwencje, zaprzątają umysły wielu duchownych bardziej niż życie wieczne. Z wiekiem to się nawet nasila.   3 maja prymus (w obrażniu) Glemp w homilii wygłoszonej na Jasnej Górze z iście chrzescijańską nienawiścią bliźniego zaatakował po raz kolejny Alicję Tysiąc. Jak ją subtelnie nazywa "niejaką panią Tysiąc". Haniebnie zakpił z ciężko chorej kobiety, która w wyniku ciąży i porodu prawie straciła wzrok. Bezczelnie ocenił, że w jej przypadku jedyną konsekwencją odmowy, przysługujacej zgodnie z prawem, aborcji była konieczność kupienia okularów za tysiąc złotych. Choć jeszcze nie nawoływał do ataków na Alicję, słusznie poczuła się zaszczuta i zagrożona. Wszak niejaki Cejrowski już wzywa do mordowania w imię życia: „Skoro w obronie dorosłej osoby mamy prawo wyciągnąć broń i strzelać - robią to na przykład policjanci - to tym bardziej w obronie niewiniątek zabijanych w klinikach". I nie słychać głosów oburzonych biskupów. W Przenajświętszej Rzeczypospolitej wartość ma bowiem tylko życie poczęte.   Dla tzw. „obrońców życia” kobieta to zaledwie inkubator dla poczętych. Jeśli zaszła w ciążę, ma urodzić. Nic innego się nie liczy. Wcale nie chcą zmniejszać liczby aborcji dokonywanych w podziemiu. Chcą jedynie zakazać tych 200-300 legalnych zabiegów wykonywanych corocznie w Polsce. Nie walczą o edukację seksualną i zwiększenie dostępności środków antykoncepcyjnych. Przeciwnie. Wysuwają absurdalne tezy, że antykoncepcja sprzyja aborcji. Nie odwołują się do sumień i prawdziwej moralności. To bowiem atrybuty całkowicie obce propagatorom ustanowienia moratorium na wykonywanie aborcji. Walczą o jej całkowitą delegalizację. W ich chorych umysłach życie płodu jest ważniejsze od życia kobiet. Także ich matek, żon, córek i kochanek. Może im się marzy, że któraś zostanie świętą. Jak Joanna Beretta Molla.     prof. Joanna Senyszyn (23:35) Zaloguj się E-mail OnetHasło Niepoprawne dane Objaśnienia  Loguj się bezpiecznie    Zapomniałem hasła Odżywa katoprawicowa obsesja całkowitego zakazu przerywania ciąży. Nawet zagrażającej życiu i zdrowiu kobiety czy będącej następstwem gwałtu. Ostatnio przyjęła postać walki o moratorium na wykonywanie aborcji. W pierwszej linii – jak zawsze niezawodna w tych sprawach – posłanka Sobecka.   Antyaborcyjny obłęd ma poparcie koscielnej hierarchii. Według biskupów aborcja jest groźniejsza od wojen i terroryzmu. Nie od dziś życie doczesne, a zwłaszcza seks w różnych odmianach i jego konsekwencje, zaprzątają umysły wielu duchownych bardziej niż życie wieczne. Z wiekiem to się nawet nasila.   3 maja prymus (w obrażniu) Glemp w homilii wygłoszonej na Jasnej Górze z iście chrzescijańską nienawiścią bliźniego zaatakował po raz kolejny Alicję Tysiąc. Jak ją subtelnie nazywa "niejaką panią Tysiąc". Haniebnie zakpił z ciężko chorej kobiety, która w wyniku ciąży i porodu prawie straciła wzrok. Bezczelnie ocenił, że w jej przypadku jedyną konsekwencją odmowy, przysługujacej zgodnie z prawem, aborcji była konieczność kupienia okularów za tysiąc złotych. Choć jeszcze nie nawoływał do ataków na Alicję, słusznie poczuła się zaszczuta i zagrożona. Wszak niejaki Cejrowski już wzywa do mordowania w imię życia: „Skoro w obronie dorosłej osoby mamy prawo wyciągnąć broń i strzelać - robią to na przykład policjanci - to tym bardziej w obronie niewiniątek zabijanych w klinikach". I nie słychać głosów oburzonych biskupów. W Przenajświętszej Rzeczypospolitej wartość ma bowiem tylko życie poczęte.   Dla tzw. „obrońców życia” kobieta to zaledwie inkubator dla poczętych. Jeśli zaszła w ciążę, ma urodzić. Nic innego się nie liczy. Wcale nie chcą zmniejszać liczby aborcji dokonywanych w podziemiu. Chcą jedynie zakazać tych 200-300 legalnych zabiegów wykonywanych corocznie w Polsce. Nie walczą o edukację seksualną i zwiększenie dostępności środków antykoncepcyjnych. Przeciwnie. Wysuwają absurdalne tezy, że antykoncepcja sprzyja aborcji. Nie odwołują się do sumień i prawdziwej moralności. To bowiem atrybuty całkowicie obce propagatorom ustanowienia moratorium na wykonywanie aborcji. Walczą o jej całkowitą delegalizację. W ich chorych umysłach życie płodu jest ważniejsze od życia kobiet. Także ich matek, żon, córek i kochanek. Może im się marzy, że któraś zostanie świętą. Jak Joanna Beretta Molla.     prof. Joanna Senyszyn (23:35)
APARATCZYKOWSKA MENTALNOŚĆ NAŁĘCZA
(16.05.2008.) Wpisał: Jerzy Grunwald
12 maja 2008 Zaloguj się E-mail OnetHasło Niepoprawne dane Objaśnienia  Loguj się bezpiecznie    Zapomniałem hasła Według Tomasza Nałęcza „ludzie o mentalności aparatczykowskiej, /są/ nastawieni na przetrwanie. Bezideowi, postrzegający politykę tylko w kategoriach wpływów i władzy” ( Bagno SLD , GW 10-11 maja 2008). Ten rzekomy portret działaczy SLD został stworzony, gdy zakochany w sobie Nałęcz patrzył - jak co dnia - w lustereczko i błagał: powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie.   Tym razem lustro się zbuntowało. Zamiast kadzić narcyzowi, przypomniało mu jego własny życiorys, z którego wynika, że to właśnie on ma cechy, które przypisuje innym. Nałęcz jest zwierzęciem, „które genialnie wyczuwa koniunkturę. Jest wyćwiczone w socjotechnice i posiadło sztukę maskowania się w czasie kryzysu.”   Wszak to właśnie Tomasz Nałęcz jeszcze podczas studiów (1970) wstąpił do PZPR i pozostał tam przez lat dwadzieścia. Do „Solidarności” się nie zapisał, bo jak mówił w jakimś wywiadzie - był „bardzo zajęty”. W 1990 wyprowadzał sztandar PZPR. I zaraz został wiceprzewodniczącym utworzonej w jej miejsce SdRP. Po roku – kiedy nie dostał się Sejmu - uznał, że SdRP nie zaspokaja jego ambicji i przeskoczył do UP. Skok okazał się dietodajny. Z listy UP był posłem w latach 1993-1997. Węch osłabiło mu kadzenie przewodniczącemu Bugajowi i nie wyczuł biedaczek koniunktury. Znowu jedną kadencję kiblowal na Uniwersytecie. Bodajże jako omc (o mało co) profesor.   Ponownie uzyskał mandat poselski w 2001 roku. Dzięki SLD. Zachwycał się Sojuszem, kadził Millerowi i został wicemarszałkiem Sejmu IV kadencji. Jako wiceprzewodniczący UP, w marcu 2004 r. porzucił swoją partię dla rozłamowej SDPL. Będąc szefem sztabu wyborczego Marka Borowskiego, kandydata na prezydenta RP, poczuł, że to słaby interes. Przeskoczył do sztabu Cimoszewicza (na funkcję rzecznika), a dotychczasowego idola zaczął namawiać do rezygnacji. Zapomniał opuścić SDPL i został– ku swemu oburzeniu – wyrzucony, a co gorsze skreślony z list wyborczych. Znowu w oczy zajrzało mu widmo uczelnianej pracy. Jak PO nie zmieni ustawy, będzie musiał robić profesurę, bo na razie taki z niego profesor, jak z Lecha Kaczyńskiego.   W zamian za materialne i niematerialne korzyści uzyskiwane kiedyś dzięki SLD, Nałęcz proponuje naszą partię – jako „aparatowego wampira dobić osinowym kołkiem”. Byłoby z korzyścią, gdyby stuknął się nim w głowę. Rozlegające się dudnienie uzmysłowiłoby czytelnikom, z kim mają do czynienia. prof. Joanna Senyszyn (01:28) Według Tomasza Nałęcza „ludzie o mentalności aparatczykowskiej, /są/ nastawieni na przetrwanie. Bezideowi, postrzegający politykę tylko w kategoriach wpływów i władzy” ( Bagno SLD , GW 10-11 maja 2008). Ten rzekomy portret działaczy SLD został stworzony, gdy zakochany w sobie Nałęcz patrzył - jak co dnia - w lustereczko i błagał: powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie.   Tym razem lustro się zbuntowało. Zamiast kadzić narcyzowi, przypomniało mu jego własny życiorys, z którego wynika, że to właśnie on ma cechy, które przypisuje innym. Nałęcz jest zwierzęciem, „które genialnie wyczuwa koniunkturę. Jest wyćwiczone w socjotechnice i posiadło sztukę maskowania się w czasie kryzysu.”   Wszak to właśnie Tomasz Nałęcz jeszcze podczas studiów (1970) wstąpił do PZPR i pozostał tam przez lat dwadzieścia. Do „Solidarności” się nie zapisał, bo jak mówił w jakimś wywiadzie - był „bardzo zajęty”. W 1990 wyprowadzał sztandar PZPR. I zaraz został wiceprzewodniczącym utworzonej w jej miejsce SdRP. Po roku – kiedy nie dostał się Sejmu - uznał, że SdRP nie zaspokaja jego ambicji i przeskoczył do UP. Skok okazał się dietodajny. Z listy UP był posłem w latach 1993-1997. Węch osłabiło mu kadzenie przewodniczącemu Bugajowi i nie wyczuł biedaczek koniunktury. Znowu jedną kadencję kiblowal na Uniwersytecie. Bodajże jako omc (o mało co) profesor.   Ponownie uzyskał mandat poselski w 2001 roku. Dzięki SLD. Zachwycał się Sojuszem, kadził Millerowi i został wicemarszałkiem Sejmu IV kadencji. Jako wiceprzewodniczący UP, w marcu 2004 r. porzucił swoją partię dla rozłamowej SDPL. Będąc szefem sztabu wyborczego Marka Borowskiego, kandydata na prezydenta RP, poczuł, że to słaby interes. Przeskoczył do sztabu Cimoszewicza (na funkcję rzecznika), a dotychczasowego idola zaczął namawiać do rezygnacji. Zapomniał opuścić SDPL i został– ku swemu oburzeniu – wyrzucony, a co gorsze skreślony z list wyborczych. Znowu w oczy zajrzało mu widmo uczelnianej pracy. Jak PO nie zmieni ustawy, będzie musiał robić profesurę, bo na razie taki z niego profesor, jak z Lecha Kaczyńskiego.   W zamian za materialne i niematerialne korzyści uzyskiwane kiedyś dzięki SLD, Nałęcz proponuje naszą partię – jako „aparatowego wampira dobić osinowym kołkiem”. Byłoby z korzyścią, gdyby stuknął się nim w głowę. Rozlegające się dudnienie uzmysłowiłoby czytelnikom, z kim mają do czynienia. prof. Joanna Senyszyn (01:28)
NAGRODZONE DIALOGI PIERONKA
(16.05.2008.) Wpisał: Jerzy Grunwald
Zaloguj się E-mail OnetHasło Niepoprawne dane Objaśnienia  Loguj się bezpiecznie    Zapomniałem hasła Dialogi bp.Tadeusza Pieronka z lewicą zostały nagrodzone Orłem Jana Karskiego. Kapituła nagrody dopatrzyła się w nich „budzącego podziw budowania Kościoła dialogu i porozumienia oraz odważnego przeciwstawienia się ekstremizmom godzącym w ten proces”.   Laureat był zszokowany „niespodziewanym i niezasłużonym – jak sam określił - wyróżnieniem”. Nie przypuszczał, że szerzenie nienawiści i pogardy językiem spod budki z piwem oraz wyzywanie od najgorszych ludzi o odmiennych poglądach zostaną aż tak uhonorowane. Pomyślał więc, że podziw wywołała jego wyrozumiałość i gorąca obrona pedofili w sutannach. Też jednak nie pasowało do patrona prestiżowej nagrody.    Odbierając statuetkę, mówił: „Niestety i dzisiaj jestem świadkiem zniesławiania człowieka przez różne fanatyzmy. Każdy człowiek ma prawo do szacunku jako jednostka, bez względu na to skąd pochodzi, jaki ma kolor skóry, jaką wyznaje wiarę i do jakiej wspólnoty politycznej się przyznaje. Nie mamy prawa osądzać ludzi”. Na twarzy biskupa widoczny był cyniczny uśmieszek. W myślach przywoływał nagrodzone właśnie inwektywy, którymi obrzucał lewicę – złodzieje bezbożni, niemoralni, bez żadnych zasad, psy, szczury, niech wracają do nor.   Ciekawe, czy w przyszłym roku nagrodę dostanie Rydzyk, czy jego kumpel Jerzy Robert Nowak. A może obaj? Wszak ich dialogi niewiele różnią się od prowadzonych przez tegorocznego laureata. Wraz z nim stanowiliby iście nieświętą trójcę. Tylko czy takie „zasługi” katolickiego fundamentalizmu chciałby nagradzać Jan Karski? prof. Joanna Senyszyn (00:43)
Balon próbny
(16.05.2008.) Wpisał: Jerzy Grunwald
Zaloguj się E-mail OnetHasło Niepoprawne dane Objaśnienia  Loguj się bezpiecznie    Zapomniałem hasła   Jesień. Zaczerwieniło się na Pomorzu. Od listy Strąka. Umieścił na niej pracowników kuratorium oświaty. Przeznaczonych do odstrzału za lewicowość. Na razie idzie opornie. Minister wypuścił słupskiego posła, żeby zbadać reakcję społeczeństwa, a zarazem dać sygnał wyborczym fundamentalistom. Utraconym wraz z miłością Radia Maryja i ojca-dyrektora. Może się nawrócą.   W IV RP nauczyciele mają mieć jedynie słuszną orientację seksualną i takież poglądy. Na topie są narodowo-katolickie. Ostatecznie dopuszczalne - katolicko-narodowe. Wybór należy do Ciebie. Orientacji wybrać nie można. Jak się ma niewłaściwą, trzeba ukrywać. Na wysokich stanowiskach państwowych już sprawdzają. Jeszcze nie wiadomo jak. Marcinkiewicz zapewniał, że w jego rządzie homoseksualistów nie ma. Zaraz potem stracił stanowisko premiera. Nie chcąc ryzykować smutnego losu pana Kazimierza, nowy premier złożył oświadczenie, że są i to na „bardzo wysokich stanowiskach politycznych”. Z niecierpliwością czekamy na nazwiska. Strąk zrobi odpowiednią listę. Do wy.... Dlaczego, wyjaśnia limeryk.   Pewien poseł z miasta Słupska O czerwonych marzy dupskach. Dobiera się chętnie i nader namiętnie. Taka zeń niewyżyta Nadieżda Krupska   Kto napisze lepszy, dostanie pierwsze miejsce na liście.   Za Wikipedią przypominam podstawowe zasady limerykownia. Limeryk ma pięć wersów o stałej liczbie sylab akcentowanych i układzie rymów aabba. Trzeci i czwarty wers są krótsze o 2-3 sylaby akcentowane. Wprowadzenie bohatera i miejsca, w którym dzieje się akcja jest w pierwszym wersie. Zawiązanie akcji w drugim. Krótsze wersy trzeci i czwarty to kulminacja wątku dramatycznego. Zaskakujące, najlepiej absurdalne rozwiązanie w wersie ostatnim. Nazwa geograficzna w pierwszym wersie jest podstawą rymu a. Do dzieła przyszli i niedoszli Poeci!!! prof. Joanna Senyszyn (22:23)
Nie matura, lecz chęć szczera
(16.05.2008.) Wpisał: Jerzy Grunwald
Nie matura, lecz chęć szczera Piotr Semka („Rzeczpospolita) strasznie się oburzył, że na maturze z wiedzy o Polsce należało zanalizować fragment artykułu Jacka Żakowskiego z „Polityki”. „Zadanie, które pojawiło się w tegorocznych testach, to po prostu skandal” – pisze. Dlaczego? Ano dlatego, że tekst „Żakowskiego pełen jest emocji i subiektywnej oceny kampanii 2005 roku (…) epatuje bratobójczymi walkami, agentomanią, waśniami i nagonkami, a ponadto obraża historyków IPN.” Minister Hall powinna więc, zdaniem red. Semki, wpłynąć na ciesząca się duża autonomią Komisję MEN, żeby egzaminu dojrzałości nie wikłać w bieżące spory. Piotrowi Semce wtóruje historyk Eisler, który uważa, że tekst Żakowskiego „jest po prostu głupi”. Moim skromnym zdaniem, fakt, że tekst Żakowskiego jest pełen emocji i subiektywnej oceny, stanowi jego zaletę, fakt, że dotyczy bieżących sporów jest zrozumiały, bo to matura z wiedzy o Polsce współczesnej, a nie z historii, wreszcie historyków IPN trudno naprawdę obrazić, to raczej oni obrażają innych (mam na myśli np. artykuły pp. Chodakiewicza i Musiała – historyków związanych w IPN, którzy odsądzają innych od czci i wiary, i to na łamach tejże „Rz”.). Skąd więc oburzenie Piotra Semki i dlaczego tekst Żakowskiego jest głupi? Fragment artykułu „Żaka”, który otrzymali maturzyści zawiera porównanie karnawału Solidarności jesienią 1981 r. z nastrojami młodzieży przed wyborami 2005 roku. Oto kluczowe zdania: „Klimat jesieni 1981 r. nie bardzo się różnił od klimatu jesieni 2005 r. Też były głownie bratobójcze walki, oszczerstwa, agentomania, waśnie i nagonki. Breżniew i Jaruzelski czaili się do skoku , kiedy w „S” wrogiem publicznym nr 1 stawał się Adam Michnik, a Wałęsę coraz częściej oskarżano o uleganie i wysługiwanie się władzy. (…) Cała ta Polska zawierucha, którą dziś przechodzimy, to w dużym stopniu jest ich – dzisiejszych 20. i 30- latków pokoleniowy karnawał. (…) Młodzi, którzy błyskawicznie zorganizowali się się po śmierci papieża, czuli się pewnie tak, ja my czuliśmy się po śmierci ks. Popiełuszki. Młodzi, którzy z błyskiem w oku wyciągają z IPN brudy, też pewnie czują się tak, jak my czuliśmy się w BIPS przy powielaczach w podziemnym kolportażu. Ten świat im się nie podoba, więc próbują go zmienić.” Nie widzę niczego skandalicznego w takim spojrzeniu wybitnego skądinąd publicysty. Ma on prawo do swojej oceny i własnych skojarzeń. Maturzyści mieli za zadanie „podać wskazane w tekście dwa podobieństwa i dwie różnice pomiędzy postawą i sposobem działania Polaków w roku 1981 i 2005.” Podoba mi się to zadanie i przewodniczący Komisji Egzaminacyjnej MEN, Marek Legutko, słusznie go broni. Test pozwalał stwierdzić, czy młodzi ludzie umieją czytać i potrafią zrozumieć argumenty, myśleć historycznie, dostrzegać znaki czasu. Rozumowanie Żakowskiego było miejscami naciągane, ale co z tego? Jego celność potwierdziła się w wyborach 21 października ub.r., kiedy młodzież gremialnie udała się do urn, żeby odsunąć od władzy PiS. Być może stąd płynie oburzenie komentatora „Rz”. Żakowski nie jest ulubieńcem komentatorów IV RP, nie podzielają oni jego poglądów, dla nich Michnik, Paradowska, Żakowski zatruwają tylko umysły. Chyba tylko dlatego Piotr Semka apeluje do minister Hall, a więc do czynnika politycznego, żeby ingerowała w pracę Komisji. Ja natomiast apelowałbym wręcz przeciwnie, żeby następnym razem zapytać maturzystów, co myślą o rozmowie dwóch licealistów - kombatantów jesieni 1981 roku: dziennikarza Roberta Mazurka („Dziennik”) z historykiem Pawłem Sowińskim, autorem książki „Komunistyczne święto. Obchody 1 Maja w latach 1948-1954”. (Nb. pan Sowiński wypowiada się całkiem rozsądnie i jestem niesprawiedliwy wyciągając z kontekstu jedno jego wspomnienie, ale nie mogę sobie odmówić.) Mazurek: „Nieco ze wstydem przyznaję, że razem z kolegami urządzaliśmy w latach 80. zawody w pluciu do popiersia Lenina.” Sowiński: „Bandażowałem sobie rękę, by nie nosić szturmówki, a po pochodzie doznawałem cudownego uzdrowienia i ściągałem opatrunek.” Im dalejod komunizmu - tym więcej mamy kombatantów. Zwłaszcza wśród dzieci. Niena darmo mówi się, że Polska to kraj bohaterskich dzieci (i nie zawszemądrych dorosłych). Passant
Autor Passant- Towarzysz członek
(16.05.2008.) Wpisał: Jerzy Grunwald
Towarzysz członek - Panie redaktorze, a kiedy się panu lepiej pisało, w PRL czy teraz? – zapytała mnie we czwartek, 17 bm., pewna czytelniczka na spotkaniu w Bibliotece Miejskiej w Lędzinie (raz do roku staram się być w jakiejś bibliotece). – W PRL – odpowiedziałem – pisało się łatwiej, bo wtedy było wiadomo co wolno, a czego nie wolno, i cała sztuka polegała na tym, jak balansować na tej granicy. A dzisiaj ludzie wypisują rzeczy, jakie wtedy były nie do pomyślenia. Na przykład na czołowym miejscu w „Dzienniku” (17 bm.) ukazały się listy gończe – fotografie pięciorga ministrów ściganych jako „Kandydaci do dymisji”. Pod każdą fotografią paragraf, z jakiego dana osoba jest ścigana: Barbara Kudrycka - naraziła się kadrze profesorskiej, lobbuje na rzecz prywatnych uczelni. Cezary Grabarczyk – pierwszy kandydat do dymisji, inwestycje drogowe mocno opóźnione. Katarzyna Hall - nie konsultuje się z zapleczem politycznym, wywołała wojnę o lektury. Bogdan Klich – nadaktywny medialnie, brak nadzoru nad armią. Maciej Nowicki – bierny i bezradny. W PRL takie sensacje były w mediach niemożliwe. Nawet usiłowanie publikacji jednej plotki o jednym ministrze groziło śmiercią lub kalectwem. Owszem, szeptano, o tym, że Moczar słabnie, a Grabski idzie w górę (lub odwrotnie), był to ulubiony temat aktywu, szpiegów i kremlinologów, ale w prasie – cicho, sza. Byłem więc bardzo zainteresowany, skąd „Dziennik” wie, kto jest u Tuska na wylocie? “Gazeta” się nie krępuje i sypie swoje źródła jedno po drugim. Oto po kolei źródła, na które powołuje się gazeta: „…mówi jeden z polityków PO”, „…opowiada nam członek kierownictwa PO”, „…komentuje polityk PO”, ”tłumaczy członek władz PO”, „…twierdzi doświadczony polityk PSL”, „doradca premiera załamuje ręce”, „…komentuje osoba z otoczenia Tuska”, „…opowiada poseł PO”, i na koniec „opowiada polityk PO”. To są WSZYSTKIE źródła, na które powołuje się trójka autorów, bo artykuły podpisane są aż przez trójcę dziennikarzy, na czele z Piotrem Zarembą – czołowym komentatorem pisma. Ileż ci autorzy musieli się nachodzić – od członka do doradcy, i od osoby z otoczenia do doświadczonego członka. I ani jedna osoba nie dała nazwiska. Dlatego odpowiedziałem, że łatwiej pisało się w PRL. Towarzysz członek zawsze miał nazwisko, na które trzeba było się powołać. Czasami wystarczył nawet zastępca członka.
O mnie tzn. pani Seneszyn
(04.05.2008.) Wpisał: Jerzy Grunwald
Joanna Senyszyn - profesor zwyczajny dr hab. nauk ekonomicznych. Od początku kariery naukowej związana z Uniwersytetem Gdańskim, gdzie pełni funkcję kierownika Katedry Badań Rynku. W latach 1996-2002 przez dwie kadencje była dziekanem Wydziału Zarządzania. W latach 1994-1995 była pierwszym rektorem Wyższej Szkoły Administracji i Biznesu w Gdyni. Jest autorką czterech książek i ponad 150 publikacji z zakresu marketingu, poziomu życia i konsumpcji. Wypromowała 500 magistrów i 5 doktorów. Od 1975 roku do rozwiązania była członkiem PZPR. W 1980 roku wstąpiła do NSZZ „Solidarność”, z którego odeszła w 1995 roku. Od 2001 roku jest posłanką na Sejm RP z ramienia Sojuszu Lewicy Demokratycznej. W 2005 roku objęła funkcję wiceprzewodniczącej tej partii. Jest członkiem Sejmowej Komisji Łączności z Polakami za Granicą, Komisji Rodziny i Praw Kobiet oraz stałej delegacji parlamentarnej do Zgromadzenia Unii Zachodnio-Europejskiej. W Parlamentarnej Grupie Kobiet i w Grupie Polska-Tajwan pełni funkcję wiceprzewodniczącej. Przez wiele lat była prezesem Gdyńskiego Oddziału Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Z ramienia organizacji pozarządowych przez dwie kadencje była członkiem Krajowej Komisji Etycznej ds. Doświadczeń na Zwierzętach przy Komitecie Badań Naukowych. Wspólnie z organizacjami kobiecymi napisała projekt ustawy o świadomym rodzicielstwie i o finansowaniu z budżetu zapłodnienia in vitro. Napisz do mnie
FIUT Z WAMI
(04.05.2008.) Wpisał: Jerzy Grunwald
"Co? Fiuta?!" - odpowiedział prałat Jankowski na propozycję: "Chcemy coś księdzu pokazać" – wyrażoną przez reportera „Teraz My”. Wszystkim, którzy uznali za stosowne udawać, że poczuli się dotknięci, nowy metropolita gdański, abp Głódź, wyjaśnił, że „jest to człowiek chory, który potrzebuje leczenia”.   Akurat prawda. Gdyby jednak bezpłatnym, a w dodatku przymusowym leczeniem objąć wszystkich używających słów powszechnie uznawanych za obraźliwe, NFZ nie mógłby kontraktować żadnych innych usług ani procedur medycznych. Z braku lekarzy, przychodni i pieniędzy. W przeprowadzonym bodajże przed rokiem plebiscycie dziennika „Fakt” na symbol Polski, przerywnik „kurwa” długi czas prowadził z Matką Boską Częstochowską. Ostatecznie przegrał o włos.   Jakiś czas temu, dość niepostrzeżenie, języka obywateli zaczęła publicznie używać władza. I świecka, i duchowna. W ramach sojuszu ze swoimi wyborcami. Co kilka lat rzucającymi kartki do urn wyborczych, a co niedziela – pieniądze na tacę. Język staje się coraz mniej giętki, a coraz bardziej wulgarny.   Jest swojsko, a zarazem nienormalnie. Niesmak budzi cytowanie ewangelii lub słów papieża, trzymanie w ręce wibratora, pytanie czy pierwsza osoba w państwie nie nadużywa alkoholu. Nie budzą: „spieprzaj dziadu”, „cham”, „kutas”, „szczekające kundelki”, „małpa”, „świnia”, „pachołki Rosji”, „zbydlęcenie”, „mołczat’ sobaki”. Zwłaszcza użyte wobec lewicy przez prawicę lub biskupów nie są traktowane jako schamienie. Raczej nobilitują. Katoprawica smaga dziś słowem, jak ongiś panowie szpicrutą. Obywatele są cierpliwi, ale wszystko ma swój kres. Mogą w końcu powiedzieć: Fiut z wami. prof. Joanna Senyszyn (22:28)